Uroczyście oświadczam, że się stąd wynoszę i za jakiś niedługi czas nie będzie mnie pod tym adresem. Toteż wszystkich zainteresowanych zapraszam do nowego miejsca :)
Światowy Dzień Różnorodości Biologicznej
O tak, my go zdecydowanie świętujemy. W jednym mieszkaniu znajdują się:
- jednostki ludzkie (pomijając wczesny ranek przed nałożeniem makijażu) – sztuk dwie, obie kobiety, w tym jedna ze stałymi objawami wariactwa, a druga jedynie z okresowymi (ktoś w tym domu musi okazywać chociaż czasem zdrowy rozsądek i używać szarych komórek, np. kiedy panowie od Internetu upierają się, że nie zadziała u nas router), czyli w sumie też niezbyt normalna (przykład? proszę bardzo: studiuje informatykę. Informatycy z definicji nie są normalni);
- świnka morska – jedna sztuka płci żeńskiej, z odrośniętym już futrem i… o cholera, trzeba jej dać pić! Dostała. Wygląda na zadowoloną;
- kot – również jedna sztuka, również płci żeńskiej, słodka i kochana paskuda (przy okazji dziękuję za porady w kwestii kuwety, choć nie wiem, czy są skuteczne, bo od tamtej pory nie ruszyła nawet łapką i wciąż śpi);
- dwa komputery – tu o płeć nie będziemy się spierać, choć mój laptop zdecydowanie jest Tosią.
Jest różnorodność? Jest. No to świętujemy! (w związku z naszymi specyficznymi gustami oblejemy to sokiem pomarańczowym) ;)
Ps. Jeśli kogoś interesuje, dlaczego jeszcze nie śpię o tej porze (na przykład Młodą, nie wiem, czy ktoś poza nią zwraca uwagę na godzinę dodania notki) – otóż o 23 skończyłam run po instach (nowy head, nowy back, parę nowych achievementów – grałam w WoWa), później obejrzałyśmy komedię romantyczną, która skłoniła nas do takich kobiecych rozmów o życiu i śmierci (czyli o facetach), w związku z czym senność odeszła nam jak ręką odjął i aktualnie Fly szuka dziewczyny dla swojego byłego, Bebe dalej jest zajęta poidełkiem (n/c), ja dostałam weny na napisanie notki przeglądając Kalendarz Świąt Dziwnych i właściwie tylko Nokia żyje zgodnie z cywilizowanym rytmem dobowym i śpi (oba komputery, oczywiście, chodzą).
Najlepszy świąteczny prezent…
…właśnie śpi mi na kolanach i wygląda tak słodko, że nie mam serca go przenieść ;)
W Wigilię na wycieraczkę rodziców Fly zawędrował mały kotek. Od razu podbił serca domowników, a już najbardziej Fly. Wieczorem przyszłam do niej, też dałam się oczarować (zresztą wszyscy wiedzą, że ja uwielbiam koty i od dawna chciałam jakiegoś mieć) i w końcu zdecydowałyśmy, że weźmiemy go do Gliwic.
I tym sposobem mamy kolejną współlokatorkę o oryginalnym imieniu Nokia. No i to chyba jej łebek wychylający się zza mojego płaszcza zwracał na mnie powszechną uwagę dzisiaj w sklepie ;)
Natomiast przed świętami pojechałam do Warszawy. Było cudownie, nawet jeśli po spacerze po Nowym Świecie niemal zamarzłam ;) W końcu miał mnie kto ogrzać ;)
Właśnie po tym spacerze miałam okazję stwierdzić, że Krystian ma naprawdę… niecodziennych sąsiadów. Jeden z nich w samych slipach biegał po dworze (śnieg i jakieś -16 stopni), po czym robił orzełki… :D
Ps. Czy ktoś wie, jak nauczyć kota korzystać z kuwety? :P Póki co trwają negocjacje między Fly i mną (jesteśmy za kuwetą), a Nokią (przedpokój)…
Sleigh bells ring, are you listening?
W środę odbył się świąteczny koncert w szkole muzycznej, do której niegdyś uczęszczałam, a która odcisnęła się na moim życiu do tego stopnia, że chodząc do liceum o rzut beretem od niej nie zajrzałam tam ani razu (a od czasu, gdy porzuciłam muzyczną edukację minęło już siedem lat, mogłabym to jakże oryginalnie podsumować: jak ten czas leci…). Na koncercie miał śpiewać Sojowy (który (nie)poważnym wokalistą jest), więc mimo pogody, która usiłowała mnie zatrzymać i paru innych drobiazgów wybrałam się tam. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się nie spóźniła – przyszłam dopiero na drugą część. Pierwszy raz usłyszałam Sojowego wykonującego arię (mój kuzyn jako hrabia… co się z tym światem wyrabia :P), w dodatku w duecie z jakąś panną w ślicznej, choć zdumiewająco przywodzącej na myśl Barbie sukni. Później interesująco zagrała orkiestra dęta oraz kwartet perkusyjny – i właśnie, kiedy biliśmy im zasłużone brawa, do auli wpadł młody facet, a za nim jacyś goście z wielką kamerą. Połowa sali zaczęła piszczeć, a druga okazywać inne znaki podniecenia, facet zaczął ściskać panią dyrektor, a wszystko nachalnie filmowali towarzysze faceta. Siedzącej obok mnie Marzenie opadła szczęka, Martuśka też była pod wrażeniem i generalnie chyba tylko ja nie miałam zielonego pojęcia, kim u diabła jest ten facet i czemu ci ludzie tak się na niego gapią!
Na szczęście Marzena szybko doszła do siebie i wyjaśniła mi, że ten koleś to… Marcin Wyrostek. Ten, który wygrał Mam talent, fenomenalnie grając na akordeonie. Pan Wyrostek (swoją drogą, nazwisko ma mało medialne ;P) oderwawszy się od pani dyrektor, wbiegł na scenę i zdyszanym głosem wyjaśnił, że to niespodzianka świąteczna, jako, że kiedyś w tej szkole pracował i miło ten czas wspomina. I że przeprasza, że przerywa koncert, ale pani dyrektor o wszystkim wie i on chciałby nam zagrać. Oczywiście wszyscy byli zachwyceni. I byli jeszcze bardziej, jak zaczął grać. Bo też facet naprawdę jest świetnym muzykiem, a na dodatek sympatycznym całkiem.
Po jego (krótkim, niestety) występie zaśpiewał chór (w którym btw śpiewał nasz zacny Radzio :P) i tym ładnym akcentem koncert się zakończył, odśnieżyłam auto, które po półtorej godzinie wyglądało, jakby świata od tygodnia nie widziało i wróciłam do domu, żeby pochwalić się tacie, jaki to zaszczyt nas wszystkich kopnął ;)
Z Cyklu Familijnego (występują Esti oraz Mama Esti):
- Esti, idź do sklepu.
- Ale mamooo… tam jest tak zimno…
- No idź żesz, potrzebuję chrzanu.
- Ty to w ogóle nie potrafisz zachęcać! Powinnaś powiedzieć: Córuś, idź do sklepu, kupisz sobie za to Milky Way’a…
- Córuś, idź do sklepu, kupisz sobie za to pół litra.
Tajemniczy Ktoś przyniósł Fly kolejną bombkę (oczywiście nie to, żeby wziął ją z miejskiej choinki, skądże znowu) i srebrno-złotą gwiazdę (jeszcze większą niż bombki) jako bonus. No cóż, kumpel kolekcjonował kiedyś fragmenty autobusów (m.in. poręcz i kasownik), my zaś najwyraźniej kolekcjonujemy fragmenty świątecznych ozdób miejskich…
song: Macy Gray – Winter Wonderland
This is stupid…
Dodaję to TYLKO dlatego, że Fly mnie kopie i szantażuje, że nie da mi zasnąć, jak nie zamieszczę oficjalnych przeprosin.
Ja tam nie czuję się ani trochę winna, ale jeśli jakikolwiek były facet Fly czuje się urażony charakterem swoich wystąpień na tym blogu, to niniejszym prosimy go o wybaczenie za ujawnianie różnych kompromitujących faktów :P
Zapomniałam też wcześniej dodać, że odwiedziłyśmy babcię Fly, w związku z czym przywiozłyśmy mnóstwo jedzenia domowej roboty, innymi słowy można wpadać i się częstować, bo same tego nie przejemy ;)
Tajemniczemu Panu (ochrona danych osobowych z przyczyn, które zaraz się wyjaśnią) chyba udzielił się nastrój świątecznych przygotowań (w ramach którego zrobiłyśmy z Fly masę papierowych gwiazdek, które w tej chwili ozdabiają nam firankę) i rąbnął bombkę z choinki przy Placu Krakowskim, po czym ofiarował ją Fly i tym sposobem w naszej lampie świeci aktualnie jedna samotna żarówka, a pod nią wisi jedna samotna bombka… ;)
I don’t want a lot for Christmas There’s just one thing I need… Bombka z miejskiej choinki ;)
My new nickname is „you idiot”
W środę wyszedł patch 3.3 i od tamtej pory zdarza mi się tracić kontakt ze światem zewnętrznym, jeśli siedzę przy kompie ;) Ale przed Lich Kingiem uciekłam (nawet parę razy), z drobną pomocą Sylvanas oczywiście. Generalnie Blizzard odwalił kawał niezłej roboty tym razem, trzeba im przyznać. Moja fascynacja jest całkowicie usprawiedliwiona ;)
Niemniej nie uszło mojej uwadze, że Pan-35-W-Bicepsie w końcu rozwiązał swoje problemy i przestał nas nawiedzać (chociaż groził, że nas odwiedzi jeszcze w tym tygodniu…), ale przedtem zafundował nam naprawdę zwariowaną noc (jakkolwiek to brzmi…).
Przykłady poniżej:
1. Zadzwonił do kolesia, który stał pod drzwiami naszej klatki schodowej (mieszkamy na wysokim parterze), a jednocześnie wychylił się przez okno znajdujące się dokładnie nad tymi drzwiami. Jego pierwsze słowa do telefonu (i przy okazji przez okno) brzmiały "Dzwonię do ciebie!"… Szczyty intelektu :P
2. Koniecznie chciał zadzwonić na party line, w końcu Fly tego nie zdzierżyła:
- My ci zaraz z dupy zrobimy party line!!!
I chyba coś w tym było, bo później siedział w łazience i jęczał o Stoperan… XD
3. Siedziałyśmy sobie z Fly w kuchni i konwersowałyśmy uprzejmie z dwoma kolesiami, których przyprowadził. W pewnym momencie wszedł Sebastian i mówi do nich:
- Ty zrobisz zupkę chińską, a ty będziesz szukał dziurki!
Obie z Fly lekko się zadławiłyśmy w tym momencie, kolesie osłupieli, po czym na szczęście wyjaśnił:
- W moim materacu jest dziurka i powietrze ucieka!
4. Próbowałyśmy walczyć z jego narcyzmem, który w jego przypadku niemal się materializuje (starannie hodowany widać) i w ramach tego Fly powiedziała mu:
- Nie wszyscy cię uwielbiają, Sebastian…
Jego odpowiedź?
- Przypakuję trochę i będzie inaczej!
Dobrze, że już nie będziemy go widywać tak często, bo po każdej jego wizycie Fly wpadała w stany depresyjne pt. "Co ja widziałam w TYM CZYMŚ?!".
Naprawdę nie mam weny – Fly mi marudzi, żebym opisała jej ostatnią randkę (jeszcze czego!), jestem totalnie niewyspana, a Bebe, która właśnie zaczęła odkrywać uroki wolności wykazuje olbrzymie zainteresowanie moją stopą (początkowo sądziłam, że chce mnie ugryzć, ale ona zaczęła mnie lizać, co straszliwie łaskocze) i w tych warunkach napisanie czegokolwiek sensownego zaczyna mnie trochę przerastać (mam chyba Tydzień Robienia Z Siebie Kretynki Stulecia – patrz prezentacja na AiPOC, na której dostałam małpiego rozumu do tego stopnia, że miałam problem z narysowaniem wykresu cosinusa (co prawda związek funkcji trygonometrycznych z prezentacją i samym przedmiotem był doprawdy nikły) i wszystko leciało mi z rąk).
Tyle dobrego, że sąsiad z góry po mailu Ariela, który w desperacji odnalazł go na naszej klasie, przestał puszczać techno w takim natężeniu, ze szklanki nam drżały…
Fly właśnie odkryła, że trzy minuty całowania skuteczniej usuwa ból głowy, niż tabletki (znaczy wyczytała w gazecie, nie żeby to właśnie praktykowała – bo i na kim? Świniaczek nie wykazuje chęci… :P). Zdecydownie powinnyśmy już iść spać.
nn :)
song: Rihanna – Stupid In Love
I znów o Fly
Ostatni tydzień spędziłam z Fly w łóżku. I jakkolwiek podejrzanie to brzmi, to jedynym ekscesem, jakiego się dopuściłyśmy, była produkcja papierowych gwiazdek (Fly cięła paski, a ja składałam z nich gwiazdki, bo to mnie udało się w końcu dojść do tego, jak powinno się to robić – może to te moje niepełne wyższe?). Po prostu byłyśmy chore – za mną choroba tak chodziła i chodziła, aż w końcu dopadła mnie po Krakowie (dobrze, że nie w, bo to była naprawdę udana randka, mimo przeziębieniowych konsekwencji :P w końcu po poprzedniej pochorował się on, więc uznajmy, że jest remis), natomiast Fly ma zapalenie ucha. I w końcu poszła z tym do lekarza, oczywiście dzięki mnie. Zaczynam uważać, że jestem prawdziwym darem dla ludzkości, a już na pewno dla Fly.
Po wizycie u lekarza (Fly nauczona doświadczeniem tym razem trafnie zdecydowała się na wybór przychodni dla dorosłych, zamiast pchać się do dziecięcej – ostatnio była bardzo zdziwiona, jak jej tam powiedzieli, że dawno skończyła już 18 lat i niestety, nie dla niej te miniaturowe krzesełka w poczekalni) poszłyśmy do jej domu, gdzie Małe (siostra Fly) z zrozpaczoną miną zaprezentowała nam dwa swoje demotywatory, które niestety nie dostały się na główną. Demotywatory, owszem, były całkiem niezłe, natomiast rekacja Fly była wybitna:
- Ja nie wiedziałam, że to ludzie wymyślają…
Powaga. Moja najlepsza przyjaciółka była święcie przekonana, że admin demotywatorów siedzi i całymi dniami wymyśla nowe. Doprawdy, ten koleś ma prawdziwe szczęście, że większość ludzi nie myśli w jej sposób…
Któregoś dnia omawiałyśmy moje życie uczuciowe, w wyniku czego dostałam od niej następującą radę:
- Ty się go trzymaj! Jak poręczy!
Fly zadzwoniła do pana Mam-35-W-Bicepsie. Chwilę na niego powrzeszczała, po czym zakończyła rozmowę. Po chwili odzywa się telefon.
Pan Mam-35-W-Bicepsie: Przepraszam cię, ciągle mnie rozłącza…
Fly: Nie, to ja się rozłączam, bo gadasz głupoty!
35: Tęskniłyście za mną?
Fly: Tak, za twoją głupotą!
35: Przecież nie tylko to jest we mnie zarąbiste!
Tyle, że on nie użył słowa "zarąbiste". Ale ja jestem grzeczną dziewczynką (n/c!) i nie będę cytować jego przekleństw :P
Fly: Jak ja potrafiłam się zauroczyć w tym czymś (i tu wskazała łazienkę, w której przebywał 35, co uczyniło oczywistym, kogo miała na myśli, mówiąc "to coś"), to ty powinnaś się oświadczyć Krystianowi!
W każdym bądź razie wyzdrowiałyśmy (i nie, nie oświadczyłam się nikomu) i w przyszłym tygodniu może uda nam się w końcu wybrać się na łyżwy. Ktoś jeszcze chętny? W końcu obie potrafimy dostarczyć niezapomnianych wrażeń ;)
Notka, która jest jedynym jak dotąd efektem nauki metod rozpoznawania obrazów cyfrowych
Wczoraj miałam najszczerszy zamiar wgłębić się w metody aproksymacyjne (wyższa matematyka na analizie obrazów cyfrowych), z których robię referat, ale ponieważ wcześniej byłam w bibliotece, to skusiłam się w końcu na jedną taką książkę Meg Cabot (tak, tą od Pamiętników Księżniczki) i tak mnie wciągnęła, że przepadłam z kretesem. Potem ściągnęłam sobie z jakiegoś chomika kolejną książkę i jak tą skończyłam, to była 1 w nocy. Uznałam, że o tej porze metody aproksymacyjne śpią i lepiej ich nie budzić i zamiast się w końcu pouczyć (no ale kto się uczy o 1 w nocy? Ja na pewno nie, moje szare komórki się wtedy buntują) odpisałam na maila Krystianowi. Aż się boję go dziś przeczytać, bo mam nieodparte wrażenie, że nawypisywałam tam totalne głupoty.
Pan Mam-35-W-Bicepsie (aktualnie prawie 36, choć może już nie prawie, bo go dawno nie widziałam – właściwie to od czasu, kiedy jego budzik dzwonił od 4 rano, a ja nie miałam siły wstać i go wyłączyć (wyłączył go w końcu Ariel, wściekły jak cholera), a potem około 7 przywiózł nam (35, a nie Ariel, żeby nie było) jakichś trzech kolesi (świetnie, bardzo lubię, jak mnie obcy kolesie oglądają, jak śpię), których obecność zaskoczyła nas wszystkich, ale nie miałyśmy serca wyrzucać biedaków na bruk, zresztą i tak sobie poszli koło 8 (jak już się naoglądali mnie i Fly śpiące i zjedli śniadanie, które sami sobie kupili (jak zwykle nie miałyśmy nic nawet względnie jadalnego w lodówce, może to i dobrze)).
Mnożą mi się te nawiasy jak króliki na wiosnę :/
W ogóle w poniedziałek zepsuł nam się piec i nie miałyśmy ani ciepłej wody, ani ogrzewania. Do tego Fly się rozchorowała i nic, tylko jęczała, że umiera, ale leków brać, jak zwykle, nie chciała. Po poniedziałkowym myciu w Naprawdę Lodowatej Wodzie we wtorek zrezygnowałam z tej wątpliwej przyjemności i pojechałam do rodziców, którzy mieli zarówno ciepła wodę, jak i ciepłe kaloryfery (normalnie luksusy!). Aczkolwiek wczoraj dzwoniła Fly (już mniej umierająca) z informacją, że piec już został naprawiony, więc koniec końców wróciłyśmy do cywilizacji.
No i postanowiłam sobie, że będę się dziś rano uczyć, ale gdzie tam, wstałam z gorączką, bólem ucha, gardła i głowy (dzisiaj to ja umieram i marudzę) i olałam to wszystko na rzecz czytania bloga Dudli, co naprawdę poprawiło mi nastrój, aczkolwiek wciąż czuję się paskudnie.
A do soboty MUSZĘ być zdrowa…
Właśnie. Pan Mam-35-W-Bicepsie zadziwił mnie po raz kolejny. Dowiedział się, że jestem wegetarianką, na co zareagował dość zaskakująco, mianowicie zaprosił mnie w sobote wieczorem na wegetariański obiad we włoskiej restauracji. Byłam w takim szoku, że jedyne, co z siebie zdołałam wykrztusić, było:
- Ale ja mam w sobotę randkę…
Na co on z typową dla siebie beztroską:
- To będziesz miała dwie!
Mam nadzieję, że żartował, bo ja nie jestem Fly i na podwójne randki się nie umawiam. A w ogóle, co to za pomysł, żebym ja z nim na jakąkolwiek randkę szła?!
Notka, którą miałam dodać tydzień temu, ale nie wyszło
Najpierw Krótki Kurs Spławiania Frajerów*
* kompilacja z JoeMonstera, żeby nie było, że roszczę sobie jakieś prawa autorskie, czy coś ;)
On: Nie sądzisz, że to przeznaczenie zetknęło nas ze sobą?
Ona: Nie, to był zwykły pech!
On: Gdzie byłaś przez całe moje życie?
Ona: Chowałam się przed tobą.
On: Czy my się już gdzieś nie widzieliśmy?
Ona: Tak, dlatego już tam nie chodzę…
On: Dla ciebie poszedłbym na koniec świata!
Ona: A zostałbyś tam?
On: Nie spotkałem Cię tu wcześniej.
Ona: Wiem. I więcej nie spotkasz.
On: Chciałbym do Ciebie zadzwonić. Jaki jest Twój numer telefonu?
Ona: Jest w książce telefonicznej.
On: Ale nie znam Twojego nazwiska.
Ona: Też jest w książce telefonicznej.
On: No, dalej, kotku. Przyszliśmy tu przecież w tym samym celu.
Ona: Dobra! W takim razie poderwijmy jakieś panienki!
On: Wiem, jak sprawić przyjemność kobiecie.
Ona: Więc spraw mi tą przyjemność i spadaj stąd.
On: Powiedz, że pragniesz mnie mieć.
Ona: Och, tak, pragnę Cię mieć… w dużej odległości od siebie.
On: Twoje ciało jest jak świątynia.
Ona: Niestety, dziś nie ma nabożeństwa.
On: Oddałbym Ci wszystko co zechcesz.
Ona: Dobrze. Zacznij od konta w banku.
***
Jeśli jesteście ciekawi, co u naszej patologicznej rodzinki, to w dużym skrócie:
- to ja umyłam tę stertę naczyń w zlewie, która była przedmiotem długiego sporu Fly i Ariela
- Ariel wciąż rymuje. Jego najnowsze dzieło to porada dla Magdy, jak ma zerwać z facetem: "Zawias… wypadłeś poza nawias!"
- pan Mam-35-W-Bicepsie dąży do 40, jak się ostatnio dowiedziałam, a poza tym przynosi nam wafelki
- prawdopodobnie niedługo dołączy do nas jeszcze szczeniaczek
- Ariel z Michałem wyciągnęli mnie do herbaciarni i muszę się pochwalić, że wynalazłam naprawdę dobrą herbatę
- Fly przekonała się do idei częstszego prania
- przegenialnie pojechałyśmy z Fly autem do banku, do którego z racji ulic jednokierunkowych bliżej miałyśmy na piechotę…
***
Wrażenia z kolejnej wizyty pana Mam-35-W-Bicepsie:
Sebastian: Nie jestem pusty!
Esti: A jaki?
Sebastian: Pełny!
Esti: Czego?…
Sebastian: Mądrości życiowej!
Po tym oświadczeniu popłakałyśmy się z Fly ze śmiechu…
Bo Fly mnie zmusiła…
Minęło parę dni, a wydarzyło się tyle, że pewnie i tak wszystkiego nie zdążę opisać. Będzie chaotycznie i mało chronologicznie, ale trudno.
Ostatnio drugi raz poszliśmy do Cynamona (urodziny Ariela). Tym razem bez freestylów, ale za to był tort z jogurtu z jedną świeczką i wspólne wykonanie "Sto lat" przeze mnie i Fly (Ariel jakoś to przecierpiał…). Później był bilard, na którym udało mi się nikogo nie skrzywdzić, a nawet się czegoś w końcu w tej dziedzinie nauczyć.
Jeśli chodzi o debiuty, to miałam też w tym tygodniu kręglowy (dzięki, Krystian :*) i nawet udało mi się wygrać dwie gry z pięciu. Chociaż w sumie, to wszystkie gry miałam wygrane z automatu, a było to tak:
(zbiłam prawie wszystkie kręgle, został jeden samotny – a mi został jeden rzut)
Krystian: Jak zbijesz tego jednego, to uznam, że wygrałaś wszystkie gry z automatu!
Esti: Taaa, bo akurat trafię…
(poszłam, rzuciłam, o dziwo zbiłam)
Krystian: Ok, ja już nic nie mówię…
I tym sposobem byłam absolutnie wygrana mimo wszystko :D
W ogóle ta środa była świetna :) Plus mina Sojowego po mojej Krystianowej niespodziance… XD
Wrócę jeszcze do tematu randek Fly.
Ariel akurat wrócił z uczelni i wsadził głowę w drzwi naszego pokoju.
Fly do niego: Powiedz w swojej grupie, że chcę wyjść na randkę!
Ariel: Powiem Kubie, to cię weźmie.
Fly: Kuba jest do dupy! (widząc minę Ariela:) To miał być taki rym!
Ariel: Rym to świniaczek ma na dupie szlaczek!
Fly: To niech mnie Tomek zaprosi na randkę!
Ariel: Ale on nie ma kasy.
Fly: Eee, to do dupy…
I w tym momencie usłyszałysmy śmiech Tomka z kuchni… Fly do końca jego wizyty nie wynurzyła się z pokoju XD
W pracowni, w której mamy bazy danych, zainstalowano Vistę. Teraz kompy uruchamiają się jakieś 10 minut (z zegarkiem w ręku!) i ostatnio zdesperowany Karl nie wytrzymał i zaczął błagać:
- O słodka Visto, wpuść mnie!
Pomogło :D
Byłyśmy z Fly odwiedzić moich rodziców. Wychodzimy już od nich, gdy moja mama pyta jej, dlaczego nie ma kurtki, w końcu zimno jest i w ogóle. A ona na to:
- Nie wzięłam kurtki, bo nie mogłam znaleźć szalika.
Siła kobiecej logiki!
Esti: Nie ma fajnych facetów…
Fly: Nie ma… Dlatego musimy wybierać w tym co jest!
A poza tym ostatnio poznałam pana Mam-35-W-Bicepsie, gdybym chciała opisać jego akcje animacje to musiałabym mu poświęcić osobną notkę, dlatego zamieszczę tylko dwie ostatnie próbki jego genialności:
- W Ameryce nie ma poprawności politycznej – tam Murzyn został prezydentem
- Chodźcie staniemy sobie wszyscy na głowie!
Dzisiaj byłam na Saloniku Poezji w operze z ciociami i kuzynką. Stoimy po zakończonym spotkaniu w kolejce do szatni, a za nami dwie babcie i jedna mówi do drugiej:
- Ja dzisiaj jadę jeszcze do Multikina. Tam to się będzie działo!
I skoro tak już przy poezji jesteśmy…
"Sprężyna" Anny Świrszczyńskiej
Największe szczęście, które mi dajesz,
to szczęście, że cię nie kocham.
Wolność.
Wygrzewam się przy tobie
w cieple tej wolności
łagodna łagodnością siły.
Czuła,
czujna jak sprężyna.
W każdym moim przytuleniu
jest gotowość odejścia.
Jak w ciele lekkoatlety
przyszły skok.